czwartek, 28 maja 2015

Boogie Truck - ul. Wawrzynca 14

Boogie Truck polecił nam kolega z pracy pan Gazda, twierdząc, że serwowane tam burgery są niedrogie i naprawdę smaczne.
I tak mieliśmy w planach "pozwiedzać" kazimierskie ciężarówki z jedzeniem, zatem jak tylko przestało majowo prać żabami udaliśmy się na plac. św. Foodrtucka przy ul. św. Wawrzyńca by zakosztować serwowanych tam specjałów. 

Na placu oprócz docelowego żółto-fioletowego Boogie Trucka stało kilka innych pojazdów. Największe wrażenie robi dwupiętrowy, czerwony londyński autobus, w którym serwowane są frytki i smażona rybka (dodajemy do naszej "to eat list"). Zaraz obok kolejny żółty samochód "Andrus" serwujący maczankę po krakowsku, dalej jakaś osobówka, która zamiast bagażnika ma ekspres do kawy, budka z sękaczami, Pan Kumpir (wielkie ziemniaki faszerowane), frytki belgijskie i naleśniki na słodko. Do wyboru do koloru!

W Boogie Trucku zamówiliśmy dwa  Classiki (tutaj mają w składzie ser!!!), na które czekaliśmy nie więcej jak 10 minut, a przed nami kilka osób już odbierało swoje zamówienia i robiło nam smaka! Miły pan, którego buzia jest logiem firmy zapytał nas o stopień wysmażenia - poprosiliśmy o medium rare. 
Trochę szkoda, że wokół unosił się zapach spalenizny, nie wiemy z którego pojazdu ale nieco budził niepokój ;)

Dostaliśmy zawinięte w biały papier burgery i usiedliśmy na plastikowych krzesełkach przy hipsterskich stolikach zrobionych z pojemników na butelki. 

Po rozpakowaniu pachniały i wyglądały obłędnie. Bułka calutka w sezamie!, podgrillowana, chrupiąca i miękka równocześnie. 
Wewnątrz dużo dodatków warzywnych i sosy: ogóreczki, pomidory, keczup, majonez, czerwona cebulka, liść świeżutkiej sałaty.I to co najważniejsze - mięsko. Przepyszna wołowinka, usmażona dokładnie tak, jak prosiliśmy, a na niej plasterek sera cheddar. 
4 za sosy tylko i wyłącznie dlatego, że były to zwykłe majonez i keczup. Następnym razem za domowe BBQ z pewnością będzie 5 ;)

Całość smakowała naprawdę rewelacyjnie, w niewygórowanej cenie 15zł. Wszystko idealnie zagrało!





Jedynym mankamentem pl. św. Foodtrucka są... gołębie. Te rozpanoszone, latające szczury tylko czekają na Twój spadający sezam. Nie boją się wejść na ludzką stopę czy nawet dziobnąć w piętę. Ale nic dziwnego, że im smakuje ;)

Chociaż burgery z Boogie Trucka są naprawdę duże i sycące postanowiliśmy skorzystać z okazji i spróbować jeszcze słynnej maczanki po krakowsku od Andrusa. W końcu to też bułka z mięskiem! Zamówiliśmy klasyczną opcję z ogórkami kiszonymi i sosem gorczycowym za 12zł.


Po chwili dostaliśmy chrupiącą podpieczoną bułeczkę wypełnioną potrawką z karkówki, przepysznie mięciutkiej i doprawionej w polskim stylu. Idealna opcja na coś pysznego dla ludzi szukających nieco mniej globalnych smaków! Warto tam zabrać znajomych, którzy są w Krakowie jedynie przejazdem, by spróbowali czegoś ciekawego.  



My na plac św. Foodtrucka na pewno wrócimy i polecimy go znajomym (choć pewnie ubierzemy się w gumiaki aż po szyję żeby nie zadziobały nas ptasiory ;) ). Musimy koniecznie skosztować innych przepysznych burgerowych opcji z Boogie Trucka, nie odpuścimy też jakiejś ciekawej maczanki oraz rybki z frytkami serwowanej na 2 piętrze autobusu :)

https://www.facebook.com/BoogieTruck?fref=ts

https://www.facebook.com/AndrusFoodTruck?fref=ts

niedziela, 22 marca 2015

Moa burger - ul. Mikolajska 3



Oceny 1-5 (1 najgorsza, 5 najlepsza) Wyjaśnienie punktacji poniżej :)

1 lutego na fanpejdżu Moaburger pojawił się poster reklamujący nową promocję. W każdy poniedziałek lutego po 17:00 wszystkie burgery z menu kosztują 17zł (z wyjątkiem Mammoth burgera – tego z podwójną wołowiną). Promocja wydała nam się o tyle świetna, że dotyczy godzin popołudniowych, zatem można spokojnie wpaść po pracy, a cena jest najniższa z możliwych, bo 17zł kosztuje tam classic.
Jest to doskonała okazja, by spróbować tych droższych burgerów (np. w cenie ponad 25zł).
Zatem w pierwszy poniedziałek lutego, prosto po pracy, udaliśmy się na Mikołajską. Już z daleka było widać, że w środku jest pełno wygłodniałych klientów korzystających z promocji. Restauracja pełna ludzi, kilkunastoosobowa kolejka po zamówienia, pełne kilkuosobowe stoliki z blatami w czerwoną kratę, radosny gwar, zgiełk, uwijające się między klientami kelnerki. Nie zraziło nas to, wszak nie od dziś wiadomo, że tłok w knajpie oznacza dobre jedzenie.



Jedno z nas stanęło w długiej kolejce do kasy, drugie szukało wolnego miejsca do siedzenia. Choć ludzie przy stołach zmieniali się jak w kalejdoskopie, restauracja wciąż była pełna. Po około 10 minutach zamówienie zostało złożone. 

Spiced Lamb (mięso jagnięce, chilli sos, cebulowe bhaji, jogurt miętowy, sałata, pomidor, czerwona cebula, pomidorowy relish, majonez),  Surf’n’Turf (200g mięsa wołowego, grilowane krewetki, majonez czosnkowy, sałata, pomidor, czerwona cebula , majonez) oraz frytki z wybranym przez nas sosem – majonez wasabi. 



Dostaliśmy drewnianą łyżkę z numerkiem naszego zamówienia i oczekiwaliśmy na kelnerkę. Podoba się nam idea, że nie musimy sami się martwić o  nasze zamówienie, gdy tylko będzie gotowe, zostanie dostarczone do stolika. Międzyczasie obserwowaliśmy innych ludzi jedzących wielkie, wypasione, pachnące burgery, chrupiących frytki czy ostre łódeczki. Nie mogliśmy się już doczekać! Obawialiśmy się, że czas oczekiwania na jedzenie się wydłuży przy takiej ilości klientów, jednak po niecałych 15 minutach gotowe burgery z frytkami wylądowały na naszym stole.







Na naszej tacce czekały  kanapki zawinięte w biały papier, podpisane z wierzchu, papierowy kubeczek napakowany po brzegi frytkami, plastikowy pojemniczek z sosem i dwie serwetki (polecamy przynieść sobie więcej ;) ) Mieliśmy ochotę rzucić się z otwartymi paszczami na jedzenie, ledwo zdołaliśmy się powstrzymać by zrobić zdjęcia!




Po rozpakowaniu naszym oczom ukazały się ogromne, wysokie, napakowane burgery. Chyba największe jakie do tej pory jedliśmy. Niezbyt gruba, płaska, dobrze wypieczona bułka to to, co lubimy, bo naszym zdaniem to nie buła a wołowina, powinna stanowić główny smak kanapki. A ta była…. DOSKONAŁA. Po prostu doskonała. Świetnej jakości i idealnie przygotowana. Burger był średnio wysmażony, czerwonawy w środku, miękki i soczysty. Niezbyt mocno przyprawiony, dzięki czemu czuliśmy wyraźnie smak  mięsa. Tak! Mięso jest zdecydowanie mocną stroną Moaburger!






 Spiced Lamb
Surf'n'Turf

Teraz o dodatkach. Tych warzywnych nie było zbyt wiele. Duży liść świeżej sałaty karbowanej. Cieniutkie i nieliczne plasterki pomidora. Trochę czerwonej cebuli, kilka dużych krewetek w Surf'n'turf.
Cebulowe bhaji z Spiced Lamb okazało się płaskim racuszkiem z cebuli wielkości bułki. Bardzo ciekawy, nowy smak. 
To co pokochaliśmy w Moaburger (oprócz mięska) to ich wyśmienite, różnorodne sosy. Tego dnia mieliśmy okazję spróbować pomidorowego relishu, jogurtu miętowego, majonezu wasabi, zielonego majonezu czosnkowego i sosu chili. Dzięki nim nasze burgery były jeszcze bardziej soczyste i miły doskonały, niepowtarzalny smak. 

To była nasza pierwsza z trzech promocyjnych wizyt w Moaburgerze. Podczas kolejnych prosiliśmy o przekrojenie burgerów na pół, tak by każde z nas mogło popróbować jak najwięcej nie świniąc się przy tym jak prosię :P



Posumowanie wszystkich zamówionych przez nas burgerów:

Surf’n’Turf - Cena regularna 27zł (200g mięsa wołowego, grillowane krewetki, majonez czosnkowy, sałata, pomidor, czerwona cebula , majonez.) - ulubieniec naszej żeńskiej połowy. Miękka wołowina i chrupiące krewetki cudownie połączone delikatnym, lekko czosnkowym zielonym majonezem. Brak ostrości, która wypala kubeczki smakowe. Idealna opcja dla delikatniejszych podniebień, a po tym łagodnym, kremowym majonezie czosnkowym NIE zieje się jak pogromca wampirów przez resztę dnia ;)


Avo bacon 22zł (200g mięsa wołowego, awokado, boczek, sałata, pomidor, ogórek, czerwona, cebula, sos pomidorowy, majonez) - fajnie ugrillowany bekon, awokado w postaci guacamole mało wyczuwalne. Dla nas to taki klasyk z delikatnym tuningiem.



Spiced Lamb 23zł (mięso jagnięce, chilli sos, cebulowe bhaji, jogurt miętowy, sałata, pomidor, czerwona cebula, pomidorowy relish, majonez) - opisany wyżej. Ciekawy cebulowy racuszek, arabski smak, pysznie doprawiona, miękka baranina, lekko wyczuwalna miętowa nutka. 



Harissa & Mint Lamb Burger 24zł (200g mięsa jagnięcego z harissa chilli i świeżą miętą, buraczki, ser feta, pomidorowy relish, czerwona cebulka, pomidor i rukola.)
Harissa to pasta z papryczek chilli rodem z Tunezji. Bardzo ostra, dodawana do niemal wszystkich tunezyjskich dań ;) Buraczki w plastrach były marynowane lub lekko obgotowane - nie do końca miękkie ale też absolutnie nie surowe czy twarde. Nam nie do końca ten polski akcent pasował w kolejnej arabskiej odsłonie burgerów. Dużo listków świeżej mięty pogłębiało arabski klimat potrawy. 



Chorizo & Jalapeno Salsa Burger -burger of the week (200g mięsa wołowego lub panierowana pierś z kurczaka, salsa z kiełbasą chorizo i papryczkami jalapeno, rukola, pomidor, majonez z wędzoną papryką, relish pomidorowy i czerwona cebulka). Wybraliśmy oczywiście wersję z pyszną wołowiną, jednak ten burger tygodnia najmniej nam posmakował. Spodziewaliśmy się plastrów chorizo lekko podgrillowanych na ruszcie, tymczasem były to spore, sześcienne kawałki tej kiełbasy (wymieszane z pomidorową salsą i papryczkami jalapenio), których twarda,  struktura gryzła się z mięciutką, delikatną wołowiną. Nie wyczuliśmy dokładnie majonezu z wędzona papryką, ale cały skład burgera: salsa, duże kawały chorizo, mega ostre jalapenio, cierpka rukola, papryka wędzona, relish pomidorowy, pomidor... wydał nam się jednak "przedobrzony". To jedyny burger, którego byśmy więcej nie zamówili, choć nie możemy otwarcie powiedzieć, że był niedobry. Te, które są w karcie na stałe są po prostu lepiej skomponowane. 

Nacho Burger (25zł) (200g mięsa wołowego, guacamole, chrupki nachos, kwaśna śmietana, ser mimolette, papryczki jalapenos, czerwona fasola, sos pimiento, sałata lodowa.) Papryczek jalapenos było naprawdę dużo!!! Zdecydowanie jest to burger dla miłośników mocnych wrażeń. Dla bardziej delikatnych podniebień kilka gryzów może być zabójcze ;) Zatem nasza damska połowa zajadała się tym burgerem aż się uszy trzęsły, ale dopiero po wyjęciu papryczek. Nasza męska połowa zajadała się burgerem z podwójną porcją papryczek ;) 


z tyłu: Chorizo & Jalapenio, z przodu: Nacho

PODSUMOWANIE!
Moaburger jest klasyką jeśli chodzi o krakowskie burgery. Najsłynniejsza, jedna z najstarszych burgerowni, odwiedzana przez tabuny tubylców, erasmusów i turystów z całego świata. Huczy od różnorodności języków, obcych sobie osób siedzących przy jednym wielkim stole, westchnień nad pachnącymi ogromnymi kanapkami, szurania długimi ławami.
Poszliśmy sprawdzić czy nie "jedzie tylko na renomie" i się nie zawiedliśmy. Burgery z karty były obłędne, wielkie, świeże i wypchane składnikami o najwyższej jakości.
Pomimo ciągłego ruchy i ogromnej ilości zamówień nie musieliśmy czekać zbyt długo a nasze burgery były dopracowane w najdrobniejszym szczególe.
POLECAMY!

poniedziałek, 16 lutego 2015

Fonzie The Burger's House Kosher - Via di Santa Maria del Pianto 13, Rzym

BURGEROPINIE ON TOUR!  RZYM!


BUON GIORNO!!

Już na kilka tygodni przed wycieczką do Rzymu ułożyliśmy plan zwiedzania Wiecznego Miasta tak, aby była to w pokaźnej części także i podróż kulinarna. Jednym z obowiązkowych elementów owego kiczen tripa musiała być potrawa, która nie koniecznie jest specjalnością kuchni włoskiej, ale za to my jesteśmy specjalistami od jej jedzenia - burger! Burgeroblogowanie zobowiązuje, więc pomiędzy makaronami z owocami morza, pizzą, tiramisu i suppli musieliśmy znaleźć także i miejsce na to przyziemne, ale jakże przyjemne (oby!!) danie.

Poszukiwania Romskich ;) burgerowni w internecie przyniosły szybki wniosek - nie jest to tak spopularyzowany biznes jak w naszym rodzinnym kraju. Mimo to, bez większych problemów udało nam się wyłapać kilkanaście lokali nieźle ocenianych przez klientów na portalach typu FB, czy Trip Advisor. Spośród nich wybraliśmy najciekawsze propozycje, ale tylko jedna stała się totalnym must eatem - burger z koszernej wołowiny serwowany w dwóch lokalach pod szyldem Fonzie The Burger's House Kosher. Pierwszy z nich, ten w dzielnicy Regola, znajdujący się niedaleko Placu Weneckiego wpisaliśmy w nasz plan już sam początek odkrywania Rzymu.

Koszerna wołowina jest uzyskiwania dzięki znienawidzonemu w naszym antysemickim kraju, ubojowi rytualnemu ;) Dzięki temu jest "czysta" i spełnia wymogi żydowskiej diety, określonej wedle ścisłych reguł religijnych. Jak dla nas? Brzmi ciekawie, lubimy nutkę kontrowersji, a może i smak będzie wyczuwalnie inny? Idziemy! :)

Odnalezienie lokalu w labiryncie ciasnych, krótkich i nieokiełznanych (ale dzięki temu pięknych i klimatycznych) uliczek Rzymu nie było może idealnie proste, ale gdy tylko ujrzeliśmy restauracje i sklepy z szyldami KOSHER wiedzieliśmy, ze na pewno jesteśmy w dobrym rejonie. Kilka kolejnych zerknięć na mapę  oraz tabliczki z nazwami ulic i oto jest - Fonzie!

Wbiegamy zniecierpliwieni do środka i pierwsze wrażenie... zaraz, zaraz... nie tak wyglądał ten lokal na facebooku! Nie mieliśmy jednak pewności co do nieomylności naszej pamięci, więc pominęliśmy tę kwestię zachęceni zapachem smażonego tego i owego. Potem dopiero przypomnieliśmy sobie, że przecież istnieje drugi, bliźniaczy lokal i to on jest najwidoczniej tym większym i ładniej urządzonym, przez co doczekał się fotek na fejsbuku. Ten w którym się aktualnie znajdowaliśmy był niestety niewielki i wyglądał jak typowa kebabownia, jakich wiele u nas w okolicach rynku. Zaledwie kilka miejsc siedzących (niezbyt komfortowych) dawało wprost do zrozumienia - mangiare e lasciare! W środku nie było zbyt dużego ruchu (w zasadzie ruch był tylko za barem połączonym z kuchnią), ale był to czwartkowy, lutowy wieczór, a dzielnica w której znajduje się lokal nie sprawiała wrażenia przeładowanej turystami.
    



Wszystkie te powyższe niedociągnięcia nie miały jednak dla nas, wygłodniałych, większego znaczenia. Po szybkim spojrzeniu na menu (które przeglądaliśmy już zresztą wcześniej w internetach) wybraliśmy dla siebie dwa burgery. IL 150 (150g mięska, sałata, ogórek, pomidor, sos "coctail salsa") oraz Chili Burger (150g mięska "chilli"(?), pomidor, sałata, guacamole, sos ailloli, sos BBQ). Każdy w cenie 6,5 euro (ok. 27zł), co jak na Rzym nie jest ani bardzo drogo, ani zbyt tanio, gdyż spokojnie za taką cenę można zjeść w tratorii sporej wielkości pizzę i to bardziej urozmaiconą niż Margarita. Dokupiliśmy frytki za 1,7 euro i ulokowaliśmy się w najdalszym kąciku lokalu czekając na strawę z umierającej w cierpieniach krówki.


Obsługa lokalu nie wyglądała, ani szczególnie włosko, ani szczególnie żydowsko. Nie przeszkadzało nam to w żadnym razie, gdyż panowie byli bardzo rozmowni i mili. Jeden z kucharzy pochwalił się nam nawet znajomością kilku polskich słów (i to olaboga niewulgarnych!) zapamiętanych z pobytu w Polsce kilka lat temu.


Praktycznie od razu otrzymaliśmy fryteczki, które niestety były bardzo słabe - twardawe, tłustawe, z dodatkiem średniej jakości keczupu. Zjeść można, gdy straszny głód męczy, ale rozkoszy w trakcie jedzenia nie uraczycie. Cóż, trudno...GDZIE SOM BURGERY?! Po niedługim oczekiwaniu, lądują przed nami na parapecie. Patrzymy na nie, patrzymy... I tak: Z jednej strony rzeczywiście wyglądają identycznie jak na fejsbukowych zdjęciach - czyli całkiem apetycznie. Ale z drugiej strony chyba jednak liczyliśmy po cichu na coś... większego. Najbardziej w oczy rzuca się i kusi charakterystyczna, jakby błyszcząca się wołowinka. Pozostałe elementy bardzo zwyczajne - typowa fastofodowo-burgerowa bułka i składniki w nieprzesadnie dużej ilości.


Pierwszy gryz i pierwsze wrażenia - zimna, miękka i gumowata bułka. Dodatki warzywne ok, ale mocno zimne (pewnie prosto z lodówki). Sos w Il "150" stanowił sos salsa niewiele różniący się smakiem od keczupu podawanego do frytek. Chilli Burger doprawiony był całkiem smaczną mieszanką sosów, ale po za tym w kwestii dodatków nie oferował nic ciekawego i szczególnie smacznego. Największym plusem tej kanapki była wołowina. Prawie nieprzyprawiona, co uwydatniło smak mięsa. Niestety szybko wystygła przez chłód pozostałych składników.


Il "150"
Chilli Burger
Porównując rzymskie, koszerne burgery do tych, do których przyzwyczaiło nas nasze krakowskie podwórko... Może lepiej nie porównujmy ;) Po prostu były średnie i miały jeden jedyny plus, którym było mięsko (mamy nadzieję, że serio koszerne). Całokształt jednak wypada bardzo blado i ciężko byłoby nam z czystym sercem polecić ten lokal komukolwiek. W zasadzie, chyba ta koszerna przygoda zniechęciła nas do odwiedzania kolejnych burgerowni na kulinarnym szlaku via Roma. Był to jedyny burger zjedzony przez nas w trakcie tej wycieczki, a pozostałe dni wykorzystaliśmy na zatapianie się w specjałach włoskiej kuchni, które ze sporym zapasem naprawiły nasz niedosyt i rozczarowanie po wizycie w Fonzie.

Wkrótce pojawi się na naszym blogu specjalny post z opisem co ciekawego i niedrogiego jedliśmy z Rzymie. Polecimy Wam kilka miejsc, znanych i nieznanych, w których można skosztować pysznej rzymskiej kuchni, nie pustosząc przy tym portfela :)

Rzym stoi jedzeniem - jest to królestwo pysznych potraw. Ale busiami najprawdopodobniej jednak nie stoi, a bardziej siedzi, albo nawet leży :)

ARRIVEDERCI!!

środa, 28 stycznia 2015

Antler Poutine & Burger - ul.Golebia 10


O Antler Poutine&Burger dowiedzieliśmy się przypadkiem z czyjegoś komentarza na facebooku zachwalającego burgery z tej miejscówki.
Na fanpagu Antlera zaś pojawiła się informacja o 20% promocji na burgery w każdy czwartek stycznia po 18:00.
Więcej znaków od niebios nie potrzebowaliśmy ;)
Trafiliśmy bez problemu, przy okazji stwierdzając, że o całej masie knajpek nie ma się pojęcia choć się dość często koło nich przechodzi.




Wystrój Antler Poutine&Burger jest, jak wszędzie, minimalistyczny. Barowe, podwieszane stoliki przy ścianach, wysokie kanciaste krzesła. My wolimy rozsiąść się przy normalnym stole, na miękkiej sofie lub zwykłej wysokości krzesłach. Oszczędne dekoracje nawiązują do Kanady - kanadyjska flaga oraz mapa kraju. Fajnym elementem jest otwarta kuchnia, skąd dochodzi nas skwierczenie burgerów na ruszcie. Można podejrzeć pracę kucharzy czy przygotowane składniki. Menu, jak niemal wszędzie, wypisane jest kredą na szkolnej tablicy. Nazwy wszystkich burgerów to kanadyjskie miasta. W tle leci ostrzejsza, rockowa muzyka, ale raczej nie tylko kanadyjska ;). Toalety nie znaleźliśmy, ale też nie szukaliśmy usilnie.




Zamawiamy 2 burgery (200g): Calgary (wołowina, emmentaler, grillowany bekon, pomidor, ogórek, sałata, cebula czerwona, sos BBQ, majonez) z ketchupem zamiast BBQ oraz Vancouver (wołowina, papryczki jalapenos, pomidor, sałata, cebula czerwona, ostry sos własnej produkcji, majonez). Na dokładkę prosimy małe poutine 250g.

Na zamówienie nie musimy czekać długo, choć w barze jest kilkoro klientów.
Na ladzie lądują dwa burgery zawinięte w papier oraz putiny w styropianowej miseczce z widelcem. Jest ich mniej niż sądziliśmy po  podanej wadze - pewnie przez dodatki. Przynosimy jedzenie na "parapet" i już nie pamiętamy, który burger był który, a nie są podpisane ;)





Zaczynamy od putinów, bo bardzo jesteśmy ciekawi ich smaku. Dla osób, które pierwszy raz spotykają sie z tą nazwą, wyjaśniamy: poutine to danie typowe dla Quebec w Kanadzie. Są to frytki polane sosem pieczeniowym i obsypane grudkami sera.
Nam całe danie przypomina w smaku placki ziemniaczane z gulaszem. Nie ma w nim jednak kawałeczków mięsa. Frytki na dole mocno nasiąkły sosem, ale nadal są bardzo smaczne, choć pewnie wolelibyśmy pochrupać. Ser roztopił się i ciągnął od miseczki aż po brodę. Nie jedliśmy nigdy wcześniej tradycyjnych putinów, dlatego ciężko nam stwierdzić czy te im dorównują. Nie zmienia to faktu, że smak całości był przedni. Jedynym mankamentem jest cena. Naszym zdaniem 8zł to nieco wygórowana kwota za raczej niewielką ilość frytek z sosem bez mięsa obsypanych tartym serem. Jest to ciekawostka, którą warto spróbować jeśli już tam traficie. Jeśli zaś nie przepadacie za plackami ziemniaczanymi z gulaszem - możecie sobie odpuścić.


Za to na pewno nie możecie sobie odpuścić burgera!




Jest to jeden z najlepszych burgerów jakie jedliśmy do tej pory.
Zaczynając od naprawdę fajnej sezamowej bułki, podpieczonej, która równocześnie była chrupiąca i delikatna. Nie rozmiękała, nie kruszyła się i nie łamała.




W środku miękki, soczysty burger o średnim wysmażeniu. Mięsko właściwie bez dodatku przypraw, czyli to co lubimy, bo dzięki temu można poczuć smak wołowiny. Idealnie ugrillowany boczek w Calgary oraz sporo papryczek jalapenos w Vancouver. Plus za własnej roboty sos pikantny, zawsze to doceniamy. Majonez i ketchup – butelkowe.
Dodatków warzywnych nie jest zbyt wiele, po 2 plasterki pomidora, kilka plasterków kiszonego ogórka krojonego wzdłuż, parę talarków cebuli – i jest to nadal więcej niż w większości burgerowni!
Całość idealnie się ze sobą łączyła, niczego nie było za dużo ani za mało. Burger był równocześnie soczysty, miękki, delikatny jak i chrupiący dzięki bułce i warzywom. Kiedy zostają ostatnie dwa kęsy można poczuć prawdziwy żal, że to już koniec :(





Wizyta w Antler Poutine&Burger była prawdziwą przyjemnością. Serwowane tam burgery są bardzo dobrze skomponowane i szybko wydawane. Duży plus za własny sos pikantny i ciekawostkę lokalu - poutine. Lokal jak na nasz gust zbyt minimlistyczny w dekoracjach i meblach, ale pewnie sprawdza się przy dużym ruchu. Ocena "cena/jakość"  4,5 - piąteczka byłaby przy ciut niższych regularnych cenach (20zł za Vancouver to jednak dość sporo). Calgary po obniżce za 14,40 to była absolutnie opłacalna inwestycja! 

Z pewnością pojawimy się tam ponownie, spróbujemy zwykłych frytek, pozostałych burgerów i odnajdziemy łazienkę ;)

Polecamy!

https://www.facebook.com/antlerkrakow?fref=ts

niedziela, 25 stycznia 2015

Nowy Kleparz Burger vol.2 - update "Fit Burger"

Jako stali bywalcy budki "NKB" z radością przyjęliśmy informację o pojawieniu się nowego burgera w zamian za dawną pozycję szpinakową, której nie darzyliśmy jakąś specjalną sympatią. 12 stycznia na ich fanpagu pojawiło się zdjęcie nowej propozycji - Fit Burger. 
Pisiont procent naszej redakcji ;) było nastawione dość sceptycznie. Burger i fit???? Whaaaaaat? Proponowany skład to: kurczak, ser feta, sos jogurtowy, świeży ogórek, pomidor, czerwona cebula, rukola, czerwona papryka. Skład wypasiony, ale czy burger będzie smakował dobrze mając tyle zdrowych rzeczy w środku?

Postanowiliśmy jednak zaryzykować... wróć... naszym dziennikarskim obowiązkiem było zaryzykować. 
Okazało się, że nowy burger to strzał w dziesiątkę!!!

Po otwarciu styropianowego pudełeczka ukazał się nam przepiękny, wysoki, pachnący burger, jeszcze okazalszy, niż ten z fanpejdżowego zdjęcia NKB (in your face Skłerze!)


Burger jest tak wysoki, że ciężko go ugryźć. Masa składników, świeżych warzyw, zupełnie nowy sos. Mięsko kurczakowe inne niż do tej pory - zamiast grillowanej piersi dostajemy całkiem smaczny krążek z mielonego kurczaka. Całość ma dość grecki smak, co nam bardzo odpowiada. Sos jogurtowy wraz ze świeżym ogórkiem przypomina tzatziki. Czerwona cebulka mieszając się z warzywami przywodzi na myśl grecką sałatkę.
Zatem naszym zdaniem zamiast nazwy FitBurger bardziej pasowałaby Grecka Uczta (Grecka feta ;) 









Czy go jeszcze zjemy? Pewnie wiele razy, zaczynając od jutra!
Gorąco polecamy!!!